Kochani, dziś bezpruderyjnie obnażę przed wami... mój rachunek sumienia. Kreślę sobie po nim szlaczki, kółka, wszystkie "kurwy" i wagary. Tu dopiszę jeszcze to, tam to. Ach, niech będzie- kłamałam. Niech będzie- obmawiałam. Ach, no proszę- paliłam. Wróć! Kłamałam... Och, czyż to naprawdę moja wina? Ktoś swoim butem kopie w drzwi do mojej głowy, wchodzi, zadaje pytanie.. A ja mam mu odpowiadać na coś, na co nie chcę, zgodnie z prawdą? To nie moja wina, że pyta. To jego wina, że skłamię. Wykreślamy. Ale świr nie będzie spowiadał się tylko z grzechów. O nie. Świr spowiadał się będzie z głupoty. Więc... Przeżyłam już kilka trudnych chwil i jedyne co teraz mnie denerwuje, to zbyt wysoka temperatura. Człowiek, który życie choć trochę poznał, powinien stać się choć trochę poważny. A ja staję się głupsza z dnia na dzień. Co prawda mogłabym z takimi predyspozycjami zabłysnąć w show biznesie... Jako miernota. Czyli spoko, dzieciaki by mnie pokochały. I z jednej strony głupoty chcę- dla waszej miłości, z drugiej strony- po co macie mnie kochać? Czyli nie jest "fajnie"... Nie jest nawet łatwo. W ogóle trudno czasem jest mi się pogodzić, że ja to ja. Moja postać jest chyba tylko parodią dawnej wersji mojego charakteru, a ambicje utonęły w fali bzdurnych zahamowań. I nie wiem czy hamuje mnie ktoś, czy robię to ja. Może sama przywiązałam się do budy i tylko głośno szczekam, nie mogąc nic innego. Ale czy...
dajecie mi rozgrzeszenie?
dajecie mi rozgrzeszenie?
